sobota, 5 października 2019

pamiętam tamten październik
rdzawo-złocisty i senny
rozsnuty pod chmurami
pnie brzóz pomiędzy nami
i ciepłe babie lato...
pytałeś co ja na to?

pamiętam inny październik
zimny ciemny jesienny
deszcz cicho o szyby dzwonił
kiedy mówiłeś że do niej
czujesz ciut mocniej i więcej
dziwne... nie pękło mi serce...

dziś znów październik, tak ciepły
czerwienią buków słoneczny
obłoki wiatrem bujane
i oczy twe roześmiane
gdy siedząc obok na ławce
liczysz na niebie latawce...

am
---
kto wie czy przyszłej jesieni
los znów swych kart nie odmieni...
wpadła pomiędzy nas
uderzyła cię w twarz
zasłużenie czy nie
tego nie dowiem się
aż odsunąłeś się

popatrzyłam zdumiona
że już w twoich ramionach
nie jestem, a na ustach
została nadzieja pusta
i skrytych marzeń lista

taki już los dziewczyny
gdy całkiem bez przyczyny
randkę jej przerwie
nagle i gniewnie...
gałąź jarzębiny

am
samotność na drugie mam imię
samotność mi w żyłach płynie
i każda z chwil codzienności
pełna jest tej samotności

żadne dziwactwo czy dramat
po prostu... lubię sama
sama się śmieję i smucę
sama się z sobą pokłócę

i sama sobie wybaczę
bywa że sama zapłaczę
i nikt mi nie powie że muszę
brać się w garść gdy ból szarpie duszę
......

czasami ktoś się rozgości
pośrodku mej samotności
usiądzie cicho w fotelu
tak jak to umie niewielu
i uczy mnie krok po kroku
duetu wad i uroków...

kto wie, może się skuszę...?
choć absolutnie nie muszę

;)

am
kiedyś uznasz że już ją masz
że należy do ciebie jak sofa
i przestaniesz dostrzegać jej twarz
i zapomnisz że przecież ją kochasz

każesz wyrzec się marzeń i snów
dasz jej poczuć co znaczy samotność
i odsuniesz się bardziej i znów
nie spróbujesz jej nazwać i dotknąć

aż zapomni twój głos i smak
dane sobie przestanie żyć słowo
i nie będzie jej już go brak
bo swe życie poskłada na nowo

gdzieś gdzie ktoś tak jak kiedyś ty
świat jej stworzy z dotyku i ciepła
i uwierzy znowu w miłość choć
wasza w ciszy przez palce przeciekła

am

nocny blues

gdy mam dość wszystkiego
los nie sprzyja mi
lubię zgasić światła
zamknąć wszystkie drzwi
wyjąć zdartą płytę
bo choć mocno stara
potrafi jak żadna
huśtać mną do rana

to ten blues
blues bujany
mięciutko biodrami
nocą kołysany
blues co serce głaszcze
co przytula duszę
przy nim nic udawać
nareszcie nie muszę
jestem cała sobą
wypełnia me ciało
tańczę z nim noc całą
i ciągle mi mało

a gdy wschodzi słońce
gasząc bluesa dźwięki
człowiek jest już inny
bardziej ciepły miękki
rozpościera okna
twarz mu promienieje
i do ludzi wkoło
serdecznie się śmieje

bo to ten blues
blues bujany
mięciutko biodrami
nocą kołysany
blues co serce głaszcze
co przytula duszę
by mnie nocą pieścił
cały dzień go kuszę
za nim ciągle tęsknię
za nim z drżeniem szlocham
czy dzisiejszej nocy
w sobie go rozkocham...?

am

mniej

im mnie mniej
tym lepiej

jemu gdy mniej mówię
sąsiadce gdy mniej słyszę
znajomej gdy mniej wyglądam
konkurencji jeśli mniej piszę

i mi jest lżej
gdy jest mnie mniej

jest jakby ciszej
lepiej się słyszę
światu mnie nie brakuje
siebie znów mocniej czuję

poczekam aż powie serce
że może być mnie już więcej

am
słowa mogą wszystko...

mogą nas dziś zniszczyć
albo coś zbudować
mogą prześladować
potrafią sens nadać
lub duszę poskładać

więc waż dobrze słowa
niech będzie twa mowa
jak na serce plaster...

w nią wtulona zasnę

am
lubię popatrzeć na świat z daleka
gdy nic nie goni i nikt nie czeka
gdy czas leniwie przez palce płynie
mieląc nas sennie w niebytu młynie

podglądać ludzi gdy wieczorami
dzielą się z niebem tajemnicami
i w ciemność nocy miękko wpadają
ukradkiem w oknach łzę ocierając

ludzi co świtem bez twarzy wstaną
tak samo martwi jak wczoraj rano
tak samo puści dzisiaj i jutro
sunąc przed siebie biernie i smutno

i płynie rzeką bezkształtna lawa
bez serc bez celu próżna głupawa
bywa że długo przyjdzie poczekać
nim pośród ludzi dojrzysz człowieka...

lubię popatrzeć na świat z daleka
wierząc że świat ten na mnie nie czeka
odwracam głowę z cichym westchnieniem
a czas nas miele na zapomnienie

am
zawróciłeś w głowie mi
słowo daję w cztery dni
doszczętnie
nieźle mnie zaskoczyło
że jest nagle tak miło
namiętnie
i przez taką drobnostkę
igraszkę i miłostkę
źle sypiam
czy jesteś darem z nieba
czy mi cię nie potrzeba
nie pytam

am
powiedziałeś jej że jest już stara
że z was nudna niedobrana para
że ma usta blade grube uda
i że razem przetrwać się nie uda

zapatrzyła się w ciebie gdy spałeś
i zdziwiła jak wszystko to małe
to że widzisz ją tak jak oceniasz
i że kolor jej włosów coś zmienia...

pewnie jest jej w tym wina niemała
że się będzie po tobie składała
niepotrzebnie słowom złym uwierzyła
gdy wciąż jest taka, jak wtedy była...

am

-pomiędzy dniem a dniem-

panie boże który mieszkasz gdzieś w niebie
daj mi patrzeć twym spojrzeniem na siebie
i nie widząc wszystkich potknięć i grzechów
siebie ważyć miarą ludzkich uśmiechów

boże jasny panie światła podobno
nie potrafisz na mnie patrzeć na chłodno
więc nie wnikasz w me upadki i głody
bo nie czyny sądzisz ale powody

panie boże który siedzisz wysoko
szczerze proszę zawsze na mnie miej oko
bym miast klęczeć z ludźmi pośród ołtarzy
potrafiła łzy ocierać z ich twarzy

wybacz że ci tak szepczę po nocy
sen się ze mną i z sumieniem dziś droczy
chciałam poczuć że tam jesteś mój boże
nim znów głowę do poduszki przyłożę

am
daj mi bukiet chryzantem
kiedy jesień przeminie
niech złocistość ich płatków
mnie prowadzi ku zimie
niech zapewni że wszystko
co jest dziś między nami
nie przeminie bez śladu
wraz z pierwszymi mrozami

daj mi bukiet chryzantem
delikatnych i białych
by się z gwiazd jasnym blaskiem
swą bladością splatały
niech jak skrzydła anioła
niosą w sobie łagodnie
lekkość spojrzeń i myśli
gdy cień snami zawładnie

daj mi bukiet chryzantem
purpurowych jak miłość
by nic z tego co rani
nam się nie przydarzyło
niechaj w czerwień ich pąków
wplecie się obietnica
że ominie nas zawsze
chłód śnieżnego księżyca

am
z nieznaczących detali swe szczęście składamy
z drobiazgów na co dzień niezauważanych
z uśmiechów i spojrzeń i gestów niezgrabnych
ale sercu najmilszych najbardziej kochanych
słów jasnych co w duszę wpadają głęboko
by zdobić wspomnienia zbierane przez lata
i sedno istnienia w bezsenną noc splatać
i być wszystkim dla nas choć niczym dla świata
herbata nad ranem gdy za oknem zamieć
dłoń w dłoni i czyjeś roześmiane oczy
gdy wiesz czym jest szczęście i drżysz bo przeczuwasz
że odebrać ci wszystko czas uparty kroczy
choć dni przyjdą kiedy zniknie co kochałeś
z czego życia składałeś najpiękniejsze chwile
niech nie straszne ci będą samotność i żałość
bo jeśli wciąż czujesz to prawdziwie żyłeś


am

czas



czas mnie niczego nie uczy
wciąż jestem taka jak byłam
naiwnie ludziom ufam
i jestem nazbyt miła

szukam w nich boskiej iskry
i nadal wierzę w człowieka
czasem się przy tym poranię
lecz generalnie wciąż czekam

śpi we mnie cicha nadzieja
że dobrem za dobro odpłacą
chyba mam marzeń zbyt wiele
i czekam bóg wie na co...

wstrzymaj jeszcze czasie
piasek w klepsydrze zatrzymaj
może gdzieś znajdę człowieka
w którym nie tli się zima?

am

popołudniowy

a ja lubię gdy pada!
leżeć wtedy wypada...
biegać nie trzeba wreszcie
puste bieżnie na mieście
puste trasy rowerów
chętnych brak do spacerów
można jeść ciastka z makiem
pić herbatę z arakiem
dietę wyrzucić z głowy
ach - żywot komfortowy!

zatem że dżdży za oknem
narzekać nie wypada
wreszcie dres i kanapa
padało, pada? niech pada!

am

Smutek

Zapukał dziś do mnie smutek,
rozsiadł się pewnie w fotelu.
Ucieszył mnie swą wizytą
gości tu miewam niewielu.
Zamyślił się głęboko
nad parującą herbatą
i szepnął do mnie cicho:
"Wiesz, że się kończy lato...?
Za moment w progu stanie
ma przyjaciółka zima,
przegoni gwar i radość
i nikt jej nie powstrzyma...
Noce nastaną długie,
mróz okna pomaluje
i powiem ci w sekrecie,
że mnie to też dołuje..."

Smutek się smętnie zasmucił,
łzę otarł brzegiem szalika,
dopił herbatę i westchnął:
"No cóż... będę już zmykał.
Wrócę tu kiedy zima
szronem otuli drzewa
Chcesz, zaprosimy wiatr?!
Pieśń nam z północy zaśpiewa..."
Zniknął za drzwiami smutek,
ponury kaznodzieja.
Uśmiecham się, bo znad stołu
puszcza mi oko nadzieja...

anna mazurkiewicz
mieć w duszy wiatr
co chmury czarne rozgoni
i błękit zamiesza
zmierzch letni
gdy ciepłem złota
drżenie fal ucisza
niczym zapach ziemi
po lipcowej ulewie
unieść się ku słońcu
i włosy zaplatać aniołom
gdy zimową porą
kołyszą wróble
na gałęziach głogu
jak one
mieć w duszy wiatr
. . .
am
pokaż mi choć raz
swoją drugą twarz
oblicze tajemnie
odległe i ciemne

skuś mnie swą zagadką
obietnicą gładką
że wart rewers grzechu
czaruj bez pośpiechu

pokaż inną stronę
pozwól niech zatonę
w jej ciemnych sekretach
mgławicach kometach

ej ej, nie chmurz czoła
dobrze wiesz nie zdołam
zajrzeć w głąb twej czerni
mój księżycu w pełni

am
kanon

ciągle do tego wracasz
ciągle mi przypominasz
wciąż na nowo ustalasz
czyja to była wina

przestań bo nie rozumiem
po co stale się kłócisz
po co wciąż to wyciągasz
przestań słów nie zawrócisz

znów pakujesz walizkę
znowu dzielisz na dwoje
co zostawisz co weźmiesz
co w nas twoje co moje

proszę tylko nie nie dzisiaj
proszę nie teraz jeszcze
nie zatrzymuj mi serca
zostaw chociaż powietrze

am


gdy zamyka za sobą drzwi
i zabiera ci noce i dni
zabiera sny i marzenia
wszystkie plany i wszystkie pragnienia

i zostajesz pusty i cichy
na wpół senny i na wpół rozmyty
niby swój a już nieprawdziwy
liść na wietrze w istnieniu wątpliwy

jeszcze nie wiesz wciąż nie rozumiesz
jeszcze myślisz że musisz że czujesz
chwilę potrwa nim zastygniesz w niebycie
gdy drzwi cicho zamknęło życie

am
chciałabym cię móc spotkać
w taki dzień wrześniowy
słoneczny złoto-rdzawy
i pomarańczowy
ogrzać twarz w ciepłych lata
ostatnich promieniach
i przytulona patrzeć
jak się w jesień zmienia
nie straszna byłaby słota
ni chłód listopada...
szkoda że ty tak rzadko
moją drogą chadzasz

am
łapię się czasem na tym
że cię irytuję
że znam nuty lecz przy tym
fatalnie maluję
kawę mieszam powoli
zamiast wypić duszkiem
że nie lubię borówek
ani gofrów z cukrem
że spać chodzę nad ranem
i nie znoszę śniegu
że się śmieję za głośno
gdy kpisz z moich piegów
że wciąż nosem pociągam
nie mówię o sobie
i nie ważne co zrobię...
nie jak ona robię


zapominasz czasami
że tamto już było
czemu się tobie dziwię
przecież to nie miłość

am
chyba że...

nie bądź proszę naiwny
nie wybaczaj w prostocie
bo powiedzą żeś dziwny
w infantylnej głupocie

nie bądź tylko dla kogoś
nie oddawaj mu siebie
sam zostaniesz bądź świadom
kiedy będziesz w potrzebie

nie poświęcaj się nie martw
lepiej zrób coś po złości
dobrym być dziś nie warto
chyba że...
że z miłości

am
- Nie płacz Aniu, proszę… - szeptał jej do ucha. Za oknem majaczyła wstająca w grudniowym słońcu chłodna Warszawa. - Nie płacz, te trzy tygodnie szybko miną i znów będziemy razem…
Otarła płynące po policzku łzy. To śmieszne, tłumaczyła sobie, przecież są razem już osiem lat, a ona tęskni za nim ilekroć zamyka za sobą drzwi wychodząc do pracy.
- Masz rację… - uśmiechnęła się na siłę – to szybko minie… Do zobaczenia.
Pocałowała go czule i za moment patrzyła jak jego sylwetka znika za tylną szybą autobusu. Jej trasa kończy się za Lublinem, więc jeszcze kilkaset kilometrów przed nią. Będzie myślała o Mariuszu. Bo tylko o nim potrafi myśleć…

Poznali się ponad osiem lat temu w Londynie "na zmywaku". Ona po trzydziestce, na bezrobociu, bo w jej miejscowości pracy było jak na lekarstwo. Na szczęście jako tako znała angielski i miała siostrę Anglii. Ta ją ciągnęła i tak się zaczęło…
Mariusz był tam już od trzech lat. Pracował za barem. Świetnie znał język i miał podejście do ludzi. Zaiskrzyło od razu. Pierwsza wspólna kolacja, wesołe miasteczko, kino, dyskoteka, weekend za miastem. Po pół roku zamieszkali razem. I było im ze sobą naprawdę dobrze.
Wiedziała co znaczy dobrze, bo nie był pierwszym mężczyzną w jej życiu. Ona również nie była pierwszą miłością Mariusza. Miał czterdzieści jeden lat i z niejednego pieca jadł chleb. Ale ją kochał. Wiedziała to. Z wzajemnością. I każdą wolną chwilę niewypełnioną pracą spędzali razem. Każdą. Nie umieli nudzić się sobą ani obok siebie. "Para idealnie dobrana” jak mówili o nich ich wspólni znajomi. Bo tak właśnie było.

Tylko… Święta. Najgorsze było Boże Narodzenie. Wracali wtedy do Polski i każde z nich jechało do swojego domu. Przybierali wówczas nową twarz i dla dobra wszystkich udawali, że duet „Ania i Mariusz” nie istnieje.
Dlaczego? Bo w domu na Ankę czekał jej mąż, Jacek. I dwunastoletni syn Mateusz. Mama Ani zmarła gdy ta miała trzy lata. Anka całe życie za nią tęskniła i za nic na świecie nie odebrałaby synowi siebie. Dlatego wracała. Do męża, do którego od dawna nic nie czuła i do Mateusza, który był dla niej wszystkim.
Mariusz to rozumiał. Nie miał żalu. Przyzwyczaił się, że Anka jest jego przez okrągły rok, a te trzy tygodnie w grudniu należą do jej rodziny. Nie narzekał, nie komentował. Nigdy nie rozmawiali o tym, co które z nich robi w czasie tych trzech tygodni bez siebie. Tak było lepiej. Tak może mniej bolało...

Wytrzyma bez niego. Musi. Czas szybko minie i znów spotkają się na dworcu w Warszawie, kiedy Mariusz wsiądzie do autobusu i oboje wrócą do siebie, do Londynu. I znów będzie dobrze.
Zadzwonił telefon. To Mariusz. Też już tęsknił. Usłyszała w słuchawce jego ciepły, niski głos:
- Aniu kochanie… Jestem już pod domem. Tęsknię za tobą bardzo… Tak, też cię kocham. Do zobaczenia za trzy tygodnie. Tak, tak…. Jak zawsze nie dzwonimy do siebie, pamiętasz? Wiesz jaka Sylwia jest zazdrosna….
Wiedziała. Jego żona potrafiła tropić i wnikać niczym myśliwski pies. To prawdziwy cud, że jeszcze nie odkryła podwójnego życia męża...
Ale co tam Sylwia, co tam dwie córki Mariusza. Niech mają te swoje trzy tygodnie. Potem Mariusz znów będzie jej. I znów będą mogli żyć prawdziwą miłością…

Autobus kołysał się na wybojach. Do Lublina była jeszcze ponad godzina drogi, a Anka zasypiała zmęczona podróżą pomiędzy życiem a życiem...

am

(autor zdjęcia;Anna Wójtowicz-Wnuk)

środa, 11 września 2019


lubię wrzesień
lubię jesień
lubię to co z sobą niesie
zapach liści
mgieł biel świtem
i wieczory pod kocykiem
książkę w dłoniach
ciepło kocie
brzozy w parku całe w złocie
i uczucie
że za chwilę
dni przygasną jak motyle...

nie, nie czuję
smutku w sobie
miejsce tej jesieni zrobię
posiedzimy
przy kominku
przy kawie lub dobrym winku
klucz żurawi
pożegnamy
pęk chryzantem nazrywamy
policzymy
głóg kasztany
i na zimę poczekamy...

am
Jest taka jedna krewka dziewczyna
ze wsi maleńkiej spod Świebodzina
żadna kuzynka ani rodzina
zwykła dziewczyna.

Parol zagięła na mnie doszczętnie
i raczy wiedzą tajemną chętnie
o tym co winnam a czego wcale
niczym w kabale.

Pisze mi rano: Pani Aneczko
śniło się mamie mej w nocy dziecko
to wróży smutki lub wuja w trumnie(!)
radzę rozumnie:

Pani powinna jeszcze dziś z rana
zarżnąć koguta albo barana
a w bramie domu postawić brata
niech czart precz zmiata!

Do tego pisze mi bez litości
że dziś wieczorem znów rzuci kości
że w tej intencji mam tydzień pościć
i żadnych gości!

Sprawdza gdzie byłam dokąd chodziłam
czy pod drabiną nie przechodziłam
i czy nie najdzie biegać ochota
czarnego kota.

Cykle rysuje i dni przelicza
w której jesteśmy fazie księżyca
i czy spać na wschód czy w stronę gór
wie! (boże mój...)

A religijna przy tym szalenie
półkę jej zdobią runów kamienie
a wśród nich klęczy Chrystus w koronie
i składa dłonie.

I ona dłonie swe załamuje:
Bo, pani Anno, nic nie pojmuje
wszak trzeba wierzyć w boga na niebie
lecz bardziej w siebie!

I tak co rano instrukcje nowe
kropla po kropli wrzuca mi w głowę
przez ramię splunąć, siąść przed podróżą
jest tego dużo.

Dziwię się pannie owej niezmiernie
że tak się stara pilnuje dzielnie.
Pomimo przestróg wciąż swoje robię
budząc w niej trwogę.
:D

Ps.
Doceniać trzeba anioła stróża
lecz gdy opieka jego zbyt duża
z ulgą blokuję z fb natręta
- nie jestem święta ;)

am
Na chwilę przed północą
pojawił się za szybą,
palcem w okno zastukał
- twarz miał jasną, szczęśliwą.

Wiesz - szepnął - tam na górze,
na wchód od Niedźwiedzicy,
siedzi z liczydłem skryba
i grzechy ludziom liczy.

Dodaje i przemnaża,
strasznie jest tym przejęty,
a pan Bóg w głos się śmieje
i klaszcze dla zachęty,

bo żart mu pysznie wyszedł
i skryba nie wie wcale,
że w każdym piórze w niebie
jest sympatyczny atrament!

Słuchaj więc - kończy przybysz -
liczydeł się nie lękaj
i co rano z ufnością
przed Nim w ciszy przyklękaj.

Puści w niepamięć błędy,
bo już w tym boża głowa,
by skryba swe rachunki
wszczynał i gubił od nowa.

Wstał, zgasił świecę i palcem
pióra świetliste wygładził
i poszedł o świcie w słońce,
łuk tęczy go poprowadził.

Czasem, gdy noc jest jasna
cień jego skrzydeł widzę.
Lżej mi wtedy na sercu.
I jakby mniej się wstydzę...

am
ja tak z tobą nie lubię....
krzyczeć aż wątek zgubię
spór toczyć o rzecz nieważną
i być aż nadto poważną
kłócić się przed podróżą
słów użyć co nie służą
i serce ścisną jak walec
choć nie chcę tego wcale

a wiesz co lubię z tobą?
wstać z łóżka lewą nogą
gdy jeszcze pachnę snami
i ciepłem między nami
wypić kawę o świcie
poczuć że smak ma życie
i szukać barw przedziwnych
na dnie twych oczu piwnych

am
księżyc dziś wschodzi inaczej
ktoś cicho za ścianą płacze
szloch jak melodia niczyja
w głowę boleśnie się wbija

i jest w nim jakaś trwoga
niemy krzyk wprost do Boga
choć nawet nie szeptany
cichym łkaniem składany

nie wiem czy płacz ten ma imię
może te skargi niczyje
ten szloch płynący przez ściany
właśnie tak jest wysłuchany?

kiedyś odważny ktoś zdoła
przyodziać skrzydła anioła
i płacz ten wtulić w ramiona
i cisza zadrży zdumiona...

am
ile tak czekać mogę...?
spoglądać z okna na drogę
już grudnie minęły i stycznie
i marzec zakwitł prześlicznie

jak długo można czekać...?
krami spłynęła rzeka
i krwawi krzew malinami
jak cisza pomiędzy nami

czy będę czekać wiecznie...?
wrzesień się zaczął wietrznie
i świta wciąż w większym chłodzie
i skrzypi furtka w ogrodzie

pusta przed domem ścieżka
w fotelu cień wierzby mieszka
i głucho tak że aż boli
i zima idzie powoli...

- - - - - -

kiedyś znów przyjdzie wiosna
taka dziecięca i prosta
sad w biel się zacznie oblekać
... i już nie będę czekać

am
nie mam żalu do nikogo
poszłam dalej inną drogą
już nie dręczę serca trwogą
i nie straszę cię pożogą

jeszcze tylko ta walizka
szal z Bułgarii z Grecji miska
księżyc zza firanki błyska
głupcom się przygląda z bliska

nie chce domknąć się szuflada
ktoś to wkrótce poukłada
już nie ja a inna ona
twoja chwila albo żona...

nie mam do nikogo żalu
wyjdę cicho w szarym szalu
w szarą mgłę spowita ścieżka
gdzieś tam ponoć szczęście mieszka...

am
wpadła mu dziś w oko
doprawdy głęboko
i mocno na tyle
że poczuł motyle

dotknęła źrenicy
rąbkiem swej spódnicy
i jej jest od teraz
choć wczoraj był niczyj

pływa niczym w łódce
w błękitnej tęczówce
szelmowskim uśmiechem
miesza mu wciąż w główce

tak się zdarza czasem
wiatr niewinnie zadmie
i ktoś komuś w oko
bezboleśnie wpadnie

nie szukaj przyczyny
nie złorzecz dziewczynie
przyjdzie czas ze łzami
z oczu ci wypłynie

am
a lato swe do widzenia
mruknęło od niechcenia
i światłem jasne do końca
ruszyło w kierunku słońca

mrugnęło nad potokiem
jarzębinowym okiem
i w wianku z żyta kłosów
usiadło pośród wrzosów

przez chwilę pomilczało
nad dniami których mało
i wiedząc że nic nie zmieni
spojrzało w oczy jesieni

w oczy w kolorze laskowym
rdzawym choć orzechowym
i na jej uśmiech jesienny
czerwienią dębów promienny

bądź zdrowa siostro - szepnęło
i wśród szuwarów zniknęło
wróci gdy wezwie je wiosna
bliźniacza lata siostra

choć zblednie pamięć o lecie
gdy przyjdą mróz i zamiecie
myśl o nim przetrwa nad światem
niesiona w dal z babim latem

am

Przed świtem...

Tobie Panie dziękuję za ten spokój w sobie
którego błogosławieństwa nigdy nie wypowiem
za śpiew ptaków o świcie gdy pachną jaśminy
i krzyk szczęścia gdzieś we mnie całkiem bez przyczyny
za modlitwy snem kryte ciepłe twarze ludzi
za słońce gdy w milczeniu łagodnie mnie budzi
za te wierchy co w oczach drzemią jeszcze świeże
i za to że od wczoraj mocniej w Ciebie wierzę
że nie mieszam się w ciemność że wciąż ciszy słucham
i że niezmiennie Panie w mądrość Twoją ufam
niech się święci co święcić świat powinien świtem
zachwycony wpółróżem rozmytym błękitem


am

- / -



codzienne wszechobecne....

             P lotkowanie
 nietole R ancję
             Z awiść
 donosz E nie
malkon T entyzm
     zazd R ość
      fałs Z ywość
  obgad Y wanie
    pesy M izm
             A gresję
      cha M stwo


(P R Z E T R Z Y M A M)
wyjścia nie mam
w niczym mnie to nie umniejsza
- będę nawet silniejsza
am

czwartek, 29 sierpnia 2019

wszystko dobre dopiero przed nami
nie za nami nie dawnej nie dziś
niczym anioł z białymi skrzydłami
spłyną z nieba najlepsze z twych dni

dotkną duszy serdecznie i ciepło
tym czekanym utkanym z twych snów
i poczujesz się słodko i lekko
i zamilknie litania złych słów


więc poczekaj jeszcze przez moment
może miesiąc a może tydzień
życie przecież jest nieodgadnione
nawet kiedy w twym sercu grudzień

am

wtorek, 27 sierpnia 2019

noce znów jakby dłuższe
coraz więcej w nich mroku
błądzisz wśród bezsenności
krok bezradny po kroku

w natłoku samotności 
nikogo nawet cienia
przepadł jak ty w ciemności 
sen nie do przebudzenia

i choć przestaniesz szukać
i choć przestaniesz pytać
gdy zgasną wszystkie gwiazdy
jak zawsze zacznie świtać

am
podobno w świętokrzyskim
kobiety latają na wszystkim
zwłaszcza na miotle gdy burze
(mają to chyba w naturze)

chęcińskie czarownice
noszą czerwone spódnice
i wstążki w ciemnych włosach
plecionych z ruty gdy rosa

bezdrożem się przechadzają
w ognikach bagien czekają
na zbłąkanego wędrowca
by wodzić go po manowcach

jeśli się zgubisz przypadkiem
w kieleckim a na dokładkę
znajdziesz się tam gdzie Łysica...
w mig cię zniewoli diablica!

bo wiedźma czarna czy biała
w czarach swych jest doskonała
(i nawet taka w błękicie
omami na całe życie ;) )

am
jesteś moją ciszą 
którą w sobie słyszę 
gdy zasypia świat

słonecznym dobranoc
karpiem na wielkanoc
przegraną bez strat

nadzieją na jutro
bajką gdy mi smutno
kaloszem gdy deszcz

więcej nie opowiem
mowa jest pustkowiem
a ty... przecież wiesz

am

Bury


mówią że ze mnie trzpiot
że umiem skakać przez płot
i umiem pleść androny
lepiej od twojej żony
skuteczna bywam na tyle
że budzę w brzuchach motyle
(i chociaż martwych nie wskrzeszam
w głowie niejednej namieszam)


mówią że ze mnie kokietka
przekorna lotna istota
a jednak czasem się natnę
i... szczerze kogoś pokocham
wtedy przymykam oczy
maskuję ostre pazury
i chodzę za nim krok w krok
wdzięcząc się niczym kot bury...

wtorek, 20 sierpnia 2019

Jej

przyśniłaś mi się dzisiaj 
taka jasna i ciepła 
wpadłam w twoje objęcia
w zapach szarego swetra

poczułam się jak kiedyś
beztroska roześmiana
cały świat - twe ramiona
dłonie oczy kolana

a ty się z rąk wymykasz
bledniesz oddalasz znikasz...
kołysankę mi zanuć!
-
budzi mnie śpiew słowika

am

poniedziałek, 19 sierpnia 2019


foto: Anna Wójtowicz-Wnuk

że dla ciebie kiedyś była światem
nie potrafisz i nie chcesz powiedzieć 
za to umiesz przypomnieć raz setny
historyjkę o słonym obiedzie

nie pamiętasz koloru jej oczu
smaku ust ani skąd przybyła
za to wiesz jak zacisnąć dłoń w pięść
by się drżąca w fotelu skuliła

nie wiesz o czym śni o czym marzy
kiedy w głos się ostatnio zaśmiała
za to sprawiasz że z każdym świtem
staje się bardziej smutna i mała

może kiedyś rozpłyniesz się w mroku
i wypuścisz z rąk jej sznureczki
będą mogły znów zalśnić gwiazdami
puste oczy szmacianej laleczki

am

niedziela, 18 sierpnia 2019


na przeciwległych brzegach
rwącej rzeki mieszkali
dzielił ich tylko szum wody
i nigdy się nie poznali

lubił patrzeć jak latem
na stromym brzegu siadała
wiatr mieszał z hukiem wody
melodię którą śpiewała

piosenkę której nie znał
a w serce wpadła głęboko
bo duszę ludzką niosła
wysoko ku obłokom

wyjechał na lat kilka
wraz z nim myśli uparte
by most zbudować co złączy
ciała błękitem rozdarte

wrócił w rodzinne strony
spełnić młodzieńcze pragnienie
wraz z mostem na brzeg drugi
zanieść swe przeznaczenie

przywitał go szmer wody
i pustka dzikiej plaży
i strach że żadne z marzeń
nigdy się nie wydarzy

mówili że po kimś tęskni
a może kogoś straciła
że z tej tęsknoty gorzkiej
w szum rzeki się rzuciła

zabrała w wodę melodię
którą wiatr z falą kołysał
czasem przy pełni księżyca
ktoś we wsi śpiew jej słyszał

dźwięki których już nie ma 
płyną wciąż rzeką szeroką
zostało w nim na zawsze
ukryte w sercu głęboko

dręczące pytanie: dlaczego….?
nigdy się tego nie dowie
historię dziewczyny znad rzeki
wiatr wierzbom zimą opowie

am

gdzieś pomiędzy jaśminem
a krwistą jarzębiną
zostaje czas co zwykle
nazbyt szybko nam minął

czas nie do odzyskania
bujny gorący i zmienny
już nie pachnący wiosną
a jeszcze nie jesienny

kiedy co młode znika
a co stare wciąż czeka
kiedy cię życie niesie
gwałtownie niczym rzeka

w pamięci jeszcze zachwyt
nad pierwszym pąkiem w sadzie
a już zanurzasz palce
w wieczornych wiatrów chłodzie

gdy jesień stanie w progu
z ostatnim w dłoniach kwiatem
uśmiechnij się do wspomnień
tęskniąc już zawsze za late

am

sobota, 17 sierpnia 2019



nie oceniaj mnie po wyglądzie
foto: Anna Wójtowicz - Wnuk

że mam nos garbaty i długi
wokół bioder kolejną oponkę
wiem wiem, tyłek od dawna za gruby

nie definiuj mnie przez mój wiek
poprzez zmarszczki widoczne na twarzy
każda z nich przypomina mi
chwilę która się już nie wydarzy

nie opisuj mnie schematami
nie przykładaj do tabel i wzorów
i nie wpisuj na siódmym miejscu
swojej listy poznanych potworów

lepiej przemilcz co przemilczeć trzeba
lepiej zostaw co jeszcze coś znaczy
i zachowaj w pamięci smak nieba
ono jest najsmaczniejszym z tłumaczeń

am




dziś znów mi powiedzieli
że ciebie wcale nie ma
że to dla plebsu mrzonka
że jedna wielka ściema

że głupio jest tak wierzyć
że ciebie być nie może
i nijak się odnaleźć 
nie umiem w tym... mój Boże

patrzę jak ptaki w chmurach
pikują w stronę słońca
i mimo że są blisko
nie znajdą nieba końca

nieba w którym gdzieś mieszkasz
na tronie siedzisz białym
i jesteś taki czysty
święty i doskonały

brodę masz długą szarą
spojrzenie zatroskane
skąd o tym wiem? bo kiedyś
spytałam o to mamę

dopiero gdy dorosłam
kiedy poznałam życie
pojęłam że ty wcale
nie siedzisz gdzieś na szczycie

jesteś w piosenkach drozda
i w szumie traw nad stawem
i w oczach malca kiedy
ociera łzy rękawem

w każdej zmarszczce staruszka
w wietrze co chmury goni
w uśmiechu ukochanych
w ciepłym uścisku dłoni

w mgłach co nad ranem rzedną
w gwiazdach co lśnią na niebie
i w zapachu maciejki
ciągle znajduję ciebie

jeżeli kiedyś po tobie 
świat wdzieje czerń w żałobie
nie bój się - ja wtedy
skryję cię Boże... w sobie

amdziś znów mi powiedzieli

że ciebie wcale nie ma
że to dla plebsu mrzonka
że jedna wielka ściema


że głupio jest tak wierzyć
że ciebie być nie może
i nijak się odnaleźć 
nie umiem w tym... mój Boże

patrzę jak ptaki w chmurach
pikują w stronę słońca
i mimo że są blisko
nie znajdą nieba końca

nieba w którym gdzieś mieszkasz
na tronie siedzisz białym
i jesteś taki czysty
święty i doskonały

brodę masz długą szarą
spojrzenie zatroskane
skąd o tym wiem? bo kiedyś
spytałam o to mamę

dopiero gdy dorosłam
kiedy poznałam życie
pojęłam że ty wcale
nie siedzisz gdzieś na szczycie

jesteś w piosenkach drozda
i w szumie traw nad stawem
i w oczach malca kiedy
ociera łzy rękawem

w każdej zmarszczce staruszka
w wietrze co chmury goni
w uśmiechu ukochanych
w ciepłym uścisku dłoni

w mgłach co nad ranem rzedną
w gwiazdach co lśnią na niebie
i w zapachu maciejki
ciągle znajduję ciebie

jeżeli kiedyś po tobie 
świat wdzieje czerń w żałobie
nie bój się - ja wtedy
skryję cię Boże... w sobie

am




jest taki dom w oddali
śpi nad nim księżyca nów
wracam w te strony myślami
często...wciąż częściej... i znów

w oknie drży lekko firanka
jakby wciąż dłonią gładzona
jakby czekała aż wrócę
w lawendach schowana, ona

jakby się cieszył z mych kroków
w pokoju fotel bujany
pamięta zapach jej włosów
i wzrok mój roześmiany

kuchnia pachniała szarlotką
- żadna już tak nie smakuje -
że siebie dałam zbyt mało
chyba najbardziej żałuję

jest taki dom w oddali
dom w którym został mój świat
dom w którym w każdym z pokoi
mieszka dziś tylko wiatr

am


aniele boży stróżu mój
ty tyłem do mnie stój
rano wieczór we dnie w nocy
przymknij proszę na mnie oczy

westchnij ciężko popatrz w górę 
strzepnij z ramion garstkę piórek
pomyśl: "Boże co ja mogę...?"
trzaśnij drzwiami i daj nogę

nie zaskoczy go to przecież 
że polatać chcesz po świecie 
czasem anioł w aureoli
musi sobie poswawolić

a gdy znudzisz się widokiem
przyleć do mnie siądź pod oknem
i zastukaj jasnym piórem
brwi zdziwione unieś w górę

że ucichł we mnie harmider
i szukam cienia twych skrzydeł...
ale teraz tyłem stój 
aniele ty boży mój

am

Do Czytelnika

zaczepiają mnie czytelnicy
w sklepie w parku lub na ulicy
zatroskani ostatnim mym wierszem
twierdzą że czasy przyjdą lepsze
a i nieraz winszują mi szczerze
że odmawiam "takie" pacierze
(czasem złożą też kondolencje
bo ktoś ponoć dziś złamał mi serce)

gdyby wierszem się zasugerować
musiałabym co dzień od nowa
kochać cierpieć zostawiać i wracać
a gdzież życie normalne i praca?

wiersz jest wierszem drogi czytelniku
i emocji w nim bywa bez liku
ale nie jest tak - słowo daję! -
że co w wierszu to faktem się staje

wszak nie mogę być zakochana
gdzieś o siódmej trzydzieści z rana
po czym chwilę po siedemnastej
jako singiel maszerować miastem
by na moment przed dwudziestą trzecią
z lubym bajki czytać naszym dzieciom!

proszę o odrobinę rozsądku
nie, napiszę wprost dla porządku:
u mnie wszystko cudownie i Ania
łez nie łyka z powodu rozstania

a że piszę o smutku i mgłach...
to jedynie dlatego że ja
trochę w życiu przeszłam i widziałam
i niejedno od ludzi słyszałam

więc mnie czasem czyjś los tak wzruszy
że się dusza płaczliwa poruszy
i powstanie rzewliwy sonet
ale na tym rozpaczy mej koniec

podsumujmy: cokolwiek piszę
to dlatego że widzę i słyszę
innych, nie zaś że sama przeżywam
- aktualnie jestem bardzo szczęśliwa! :) -

(Z dedykacją dla tych czytelników,
których mam ostatnio bez liku,
z pasją interpretujących me wnętrze
- ono często jest inne niż wiersze... ;) )
am


pomiędzy nocą i mgłą
a na chwilę przed wschodem
wracam myślą do ciebie
choć już wrócić nie mogę
do tego co przepadło
co na niepamięć skazałam
tego co z rąk wypuściłam
i czego nawet nie miałam
do snów bez przebudzenia
do poranków bez słońca
i w tych mgłach spaceruję
i mogę tak bez końca
szukam dnia zgubionego
w którym ja w którym ty
dziwnie jest czuć że nic nie ma
i widzieć tylko mgły


am
- / -

Ojcze Nasz, któryś jest w niebie
- tak mi się chce dziś do Ciebie...-
Święć się imię Twoje, przyjdź królestwo Twoje
- że się z Twym progiem minę naprawdę się boję -
Bądź wola Twoja...
- choć zwykle wolę, gdy moja -
... jako w niebie tak i na ziemi
- spójrz na mnie łaskawiej, może coś się zmieni? - 
Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj
- wiesz, że moja sąsiadka głodziła synka, Krzysia? -
I odpuść nam nasze winy...
- nie, my nie zapomnimy... - 
... jako i my odpuszczamy naszym winowajcom
- mordercom, donosicielom, oprawcom, katom, zdrajcom?!? -
I nie wódź nas na pokuszenie...
- sami tam dotrzeć umiemy przez bezradność, cierpienie -
... ale nas zbaw ode złego.
- serdecznym mi bądź kolegą
i podaj rękę na zgodę
gdy spojrzeć Ci w oczy nie mogę...
Słyszysz czasami mój lament?
Tak, wiem, jeszcze amen...-
Amen.


am


powiedzieli mi że odszedłeś
że już szukać nie muszę
że koniec
nie umiałam uwierzyć
przecież
wciąż pamiętam jak ciepłe masz dłonie...


powiedzieli mi że nie żyjesz
że się z wiatrem przechadzasz
w obłokach
nie umiałam uwierzyć
bo po co
ci obłoki gdy ja cię tu kocham?

powiedzieli mi: ty żyj dalej
idź do przodu nowe stawiaj
kroki
nie potrafię zrozumieć
gdzie mam
stawiać kroki gdy wkoło obłoki...
?

am

zawróciłeś

- / -


zawróciłeś mi w głowie
oczy twe kakaowe 
zawróciłeś mnie z drogi
na bagna na rozdrogi
czas mi też zawróciłeś 
znowu liczą się chwile

gryzę się czasem myślą 
byś na koniec jeszcze
sam siebie zawrócić nie chciał...
i chwytam powietrze

am


oczy masz tak smutne jak wtedy
gdy z walizką znikałam o świcie
stałaś drobna bez słów za firanką
i patrzyłaś jak biegnę w życie


potem znów tak na mnie patrzyłaś
gdy jak pies zbity siadłam w fotelu
a ty lekko gładziłaś policzek
i mówiłaś że takich jest wielu

trzeci raz miałaś tamten wzrok kiedy
lekarz cicho szeptał o diagnozie
stałam wtedy bez słów za firanką
w takiej samej jak ty kiedyś pozie

ranki bardziej są szare i zimne
lato wschodzi lecz już nie tak samo
na tym zdjęciu w albumie masz oczy
takie smutne jak wtedy, mamo

am


już kiedy miałam lat cztery
mówili żem kawał cholery
minuty nie spędzę w spokoju
pędzę jak wiatr po pokoju


dziś gdy czterdziestka na karku 
nie jestem lepsza - tak Darku ?
czy Kasiu? czy kto zna mnie jeszcze?- 
w prawidłach się żadnych nie mieszczę

śpiewam gram piszę błaznuję
obiadów na czas nie gotuję 
bzy w deszczu fotografuję 
donikąd wciąż podróżuję

nie dbam co trzeba wypada
nie znam spod piątki sąsiada
i plotek o pani z mięsnego 
daleka jestem do tego

głód wrażeń mnie nosi po świecie 
taka natura - powiecie 
a ja wiem że w mojej duszy
gwiezdny się pył zawieruszył
co każe mocniej i dalej...
i jest mi z tym doskonale! 


am