sobota, 17 sierpnia 2019

- - -



powiedział do niej: kobito
to jest już koniec, finito
więc przestań wsadzać kopyto
bez przerwy w moje drzwi!

na to ta to lubego:
niezbyt rozumiem dlaczego 
chyba przyjdę z kolegą
on wytłumaczy ci

że będę jedną jedyną 
w życiu twoim dziewczyną
lepszą niż dragi czy wino!
(mój tatuś do broni ma dryg ^^)

tatuś jej mafii był bossem
zamruczał coś pod nosem
coś o żegnaniu się z losem
że dół że grób że fik...

wnet pojął młodzieniec klarownie 
że kocha ją niewymownie
że czas to wyznać taktowanie
i ślub brać w mig!

tak kończą się happy-endem 
historie z życia wzięte 
gdy w mafii dziewczę zawzięte
ma kilka wtyk

am

* * *

późny czerwcowy wieczór cisza śpi na tarasie
a myśl uparta błądzi jak zawieszona w czasie
że może już niedługo przeminą dni uroki
i przyjdzie mi się przenieść wysoko pod obłoki
więc zaczepiam anioła co na ramieniu siedział
by jasno i wyraźnie o niebie opowiedział


anioł podrapał ucho ukradkiem zerknął w chmury
i mówi: w niebie także można mieć byt ponury
z duchem nudnym lub głuchym zdarzy ci się kwatera
to powiem jak na spowiedzi trafi cię jasna cholera!
krzywię się z lekkim niesmakiem co to za rajskie nagrody?
wszak każdy miał być w niebie mądry uroczy i młody!
co z obietnicą edenu? gdzie się pomyłka wkradła?
zapytam dla pewności z drugiego barku diabła

czort chytre mruży oczy marszczy w zadumie czoło
i mówi: w piekle czasem potrafi być wesoło
gdy kogoś w kadzi topią albo mu wbiją widły
albo w kociołku obok trafi się gość przebrzydły
co sam ci bok przypali lub twarz poleje smołą
oj tak u nas w czeluściach potrafi być wesoło...

boże mój w firmamencie siedzący na swym tronie
pozwól że ci się pięknie i z gracją dziś ukłonię
i małą prośbę westchnę: nie daj mi w niebie nudy
ani tych mąk w czeluściach ani innej ułudy
zostaw mnie w ciszy nocy pośród sennych ogrodów
wśród zapachu maciejki ulic letniego smogu
pozwól mi na mym tarasie w moim rodzinnym mieście
patrzeć przez wieki w gwiazdy i słodkie jeść czereśnie

am

Wdówka

pani Gienia spod Pławanic 
miała swego męża za nic
i gdy w końcu legł on w trumnie
mogła nosić głowę dumnie
podniesioną bo nareszcie
była pierwszą partią w mieście
więc by pozór zachowywać
na salonach nie chcąc bywać
- wszak w żałobie pogrążona
jak każda porządna żona -
na cmentarzu siadywała
i się panom przyglądała


ten za niski ten za gruby
tamten wszystkie włosy zgubił
ten bez grosza ten bez gustu
tamten nie wart wiązki chrustu
smutek jej rozdzierał duszę
aż poznała znawcę puszek
od napojów i od piwka
co miał groby z naprzeciwka
i na ławce wieczorami
żonie się nad płytą żalił
że na całym bożym świecie
próżno marzyć o kobiecie
co by była ideałem...
nie powtarzał Gieni wcale
wszak od zawsze wymarzona
była z niej w tym mieście żona!

hyc zza krzaka cmok buziaka
i już Gieni ta pokraka
co prócz puszek i wózeczka
nie ma nic (no.... duszę dziecka
gdy naiwnie patrzy w oczy
Gieni kiedy przy nim kroczy)
znów promienna znów szczęśliwa
patrzy jak się Zdzicha kiwa
głowa gdy nad kiszką z porem
zasypia przed telewizorem
już planuje Gienia wstęgi
słowa piękne od przysięgi
co je wspomni ksiądz kanonik
kiedy grabarz się pokłoni
nad Zdzichem gdy legnie w trumnie
będzie Gienia łkać tak dumnie...

bo nie ważne są miłostki
status wdowy zawsze boski
od rozwódki i od panny
lepszy bo spektakularny
nie wahajcie się dziewczyny
skutek lepszy od przyczyny
i pomału tak na raty
sypcie proszku do herbaty
by móc za woalką czarną
tajemnicę skryć bezkarną...
;)

am


a kiedy już policzę
wszystkie ziarenka w kłosie
i kiedy poznam każdy
najcichszy tembr w twym głosie
może się kończyć lato
i zima przyjść stuletnia
a po niej wiosna chłodna
bezlistna i bezkwietna
nic to
bo w duszy na dnie
ogrzanej wspomnień żarem
przetrwa stop-klatka szczęścia
spleciona lata czarem


am

* * *

wszystko ma swój początek
i wszystko ma koniec
ten błękit nieba jasny
i trawy zielone
zaśpiew kosa i trzcina
kołysana woda
i twój uśmiech i oddech
i moja uroda


jedno przetrwa gdy zgasną 
już o nas wspomnienia
gdzieś nad ziemią w obłokach 
zostaną marzenia
o tym że kiedy słońce
w ciszy kresu zaśnie
wrócimy tu raz jeszcze
z pierwszej gwiazdy blaskiem...

am

Potargana Mariola

pewna śliczna Mariola
z bliskich okolic Opola
wiodła żywot wprost święty
prezesa asystentki

jej bogobojna mama
powtarzała stroskana:
rzuć ty szefa barana
bo wracasz potargana

jakaś taka pomięta
blada niewypoczęta
ta praca cię przerasta
skończ z tym dziecko i basta!

patrzy Mariola znad kawy
pojmując wagę sprawy
i rozcierając od rana
swe obolałe kolana

rzecze: wszak mnie uczyłaś
bym zawsze była miła
i bliźniemu – co mądre! -
czyniła rzeczy dobre

przyjemność ludziom sprawiać
pomocy nie odmawiać
i być na każde skinienie
zwłaszcza gdy szef ma życzenie

a prezes mój złoty człowiek
zanim cokolwiek powiem
już mi przyklękać każe
przed nim jak przed ołtarzem

i brać się do roboty
(a nie są to żadne zaloty!)
nim jedno słowo powie
już mi się kręci w głowie...

wbijam swój wzrok jak struta
w czub szefowego buta
tak przez dzień razy kilka...
życie mi mija jak chwilka!

matka zaplata palce
stojąc tuż przy firance
spogląda na latarnię
ławkę skwer i lodziarnię
i szepce: a kto ci każe
być Mariola brukarzem?!?
;)

am

- - -

nie myl miłości z zamętem
emocji grą jelit skrętem
ani z drapaniem w gardle

nie szukaj jej w hałasie
w słów pełnych gracji krasie 
ani w logice twardej


miłość mieszka w spojrzeniu 
serca niedowierzaniu
blaskiem słońca ogrzewa

z uśmiechem ciszę kołysze 
słyszysz tak jak ja słyszę?
jutrznię obłokom śpiewa...

am